K&M

Fizjoterapeuta

Faceci to stworzenia nader zabawne, w większości swoich aspektów. Ostatnio się o tym przekonałam. Napiszę Wam, może się pośmiejecie. Jakiś czas temu koleżanka ze studiów zaproponowała, że ponieważ jestem sama, będzie mi podsyłać jakichś fajnych kolesi, których uda jej się gdzieś wyczaić. Ma bowiem szerokie kontakty. A co mi tam, zgodziłam się. Mogła być z tego albo zabawa albo relacja. Ludzie są różni. I tak, od czasu do czasu wpadały mi od niej jakieś wieści, że kogoś znalazła, że do mnie napisze. Przysyłali. Wiadomości, zdjęcie języka, fiuta, nogi, ręki. Dwóch zablokowałam. Byli zbyt denerwujący. Byli też tacy, którzy nie potrafili złożyć zdania więcej niż z dwóch wyrazów. Zablokowałam. O dziwo, wiadomości od niej o jakimś nowym, zawsze przychodziły wtedy, gdy byłam sama. Zadzwoniła ostatnio.

-Słuchaj. Mam fajnego kolesia. 30 lat, szczupły, przystojny, fizjoterapeuta. Mogę dać mu mu Twój numer telefonu?

-Ok, dawaj.

Napisał wieczorem, chwile popisaliśmy. Z profilu na fb wynikło, że wcale aż taki przystojny nie jest. Bynajmniej nie dla mnie. Szczupły, w zasadzie chudy, bez owłosionej klaty. Twarz też nie jak apollo. Trochę zarośnięta, a raczej niedogolona po kilku dniach. W okularach. Jakoś nie przepadam za facetami w okularach. Taki typ chudego informatyka. Bez szału. Zupełnie. Pogadać mogłam. Pogadałam, popisaliśmy parę dni. Pisał coś o tym, że jest na urlopie nad morzem. Nagle zamilkł. Nie napisałam. Miałam dużo na głowie. Nie wydał się też na tyle ciekawy. Po prostu.

Po tygodniu napisałam do niego. Z nudów, z ciekawości. Nie wiem. Mniejsza z tym. Ot, po prostu. Krótka wiadomość czy żyje. Wiadomość pojawiła się dopiero pod wieczór. Pisze, że ma już dziewczynę, że nie chce mi czegokolwiek obiecywać. Stop, wróć. To po co pisał do mnie, pytał się czy może dostać numer? Szopka? Zabawa? Szybko odpisuje, że nic od niego nie oczekuje i pa pa. Piszę do Kaśki.

-Co Ty mi znalazłaś? Faceta, co ma dziewczynę?

Odpisuje niemal natychmiast.

-Nie miał, poznał na urlopie. Dziś się wypytywał o Ciebie. Że jesteś bardzo inteligentna i chciałby utrzymać kontakt, z tamtą nie wypali. Odległość. On nie wie co ma robić, jest rozdarty, bo ona go wyznaczyła na jakimś portalu.

Odpisuje tylko”Ha ha ha, padłam ze śmiechu.”

Jest około 24.00, noc jest jakaś ciemna. Chwilę się śmieje. Kiedyś ktoś napisał mi mądre słowa, że piaskownica jest taka duża, a w niej jest tyle piachu. Potem się kładę. Wokół jest ciemno. Znowu przychodzą myśli, że brakuje mi człowieka.

K&M

Damsko-męska przyjaźń

Moje blogowanie. Od czego to się właściwie zaczęło? Od jakiegoś małego bloga z wierszami, w którym nawet nie umiałam ustawić nagłówku na onecie. Był rok 2011. W 2012 był kolejny,tym razem o mojej innej pasji, z powodu… pożegnania się z osobą, która była dla mnie ważna. Przyjaciel? Kiedyś myślałam, że to przyjaźń. Teraz myślę inaczej. Pisanie miało mi pomóc, zostawiłam to. Po jakimś czasie skasowałam. Później zakładałam kolejne blogi, kasowałam. Chyba aby dowiedzieć się czego chce. Podczytywałam innych. Jeśli ktoś żył na blogosferze w latach 2014 i dalej, mógł zobaczyć qultowy blog o adresie bizarre.blog.pl, pisany przez faceta, o swoim życiu emocjonalnym, przemyśleniach, jednak w sposób nieco odmienny niż typowe opisywanie życia dzień po dniu. Nie, z pewnością nie był to dziennik. I choć napotkałam się z różnymi blogami w sieci, zarówno na platformie, której już dawno nie ma, jak i na tych obecnie istniejących to muszę przyznać, że najlepsze blogi, jak dla mnie pisali faceci. Nie chce tu dyskryminować kobiet, po prostu, te, które mnie jakoś przyciągnęły były pisane męską ręką. Na dodatek o relacjach, o seksie, o kobietach. Lubię nietuzinkowość, może dlatego. Paru z tych autorów wydało swoje własne książki, paru nie, jednak co kto lubi myślę. Przez te wszystkie lata podczytywałam różnych i najlepszych i tych gorszych. Zapamiętałam multum nazw, nicków, tekstów. Dlaczego? Bo chyba od zawsze się porównywałam. Nawet w kwestii blogów. A może to było szukanie inspiracji? Tak, czy siak, wyszło ni mniej, ni więcej na to, że przez to teraz wiem co chcę napisać i po co mi to wszystko. Nauczyłam się trochę być w blogowym świecie i dobrze mi tu. Przez ten czas poznałam paru ludzi, od paru czegoś się nauczyłam. Podobnie jak na fb, gdzie pisałam o swoim starym blogu. Na razie zwiałam z facebooka. Jakoś nie jest mi do niczego potrzebny. Lubię za to owo miejsce i będę się starała go rozwinąć na ile starczy mi sił. Nie będę się katować pisaniem czegoś, jeśli nie będzie to dla mnie znaczące i nie będzie nieść ze sobą mojej frajdy. Po prostu, wybaczcie.

Dziś narosła potrzeba odezwania się do ludzi. Chęć samotności już minęła. To pewnego rodzaju skoki potrzeby. Raz chce być z ludźmi, a innym razem, jak chce coś zrobić i pobyć parę dni czy miesięcy sama to zawracają mi głowę i mnie drażnią jak cholera. Odezwałam się. Najpierw do starego przyjaciela, z którym nie miałam kontaktu bo zniknął jakieś pół roku temu bez wieści. O dziwo odpisał, chwile pogadaliśmy. Ma dziewczynę i mieszka daleko. Później do koleżanki z bloga, jednak mnie zlała. Potrafi być oschła. A na wieczór…Wyciągnęłam telefon, wyklikałam parę słów. I wysłałam. Poszło. Cały dzień krążyła mi w głowie ta myśl. To jak myślenie o narkotyku. Wziąć, czy nie wziąć? Czuję jakiś dziwny stan. Nie umiem tego opisać, po prostu, ta potrzeba czasem jest tak silna, że nigdy nie dałam samej sobie gwarancji, że tego nie zrobię. Swoją drogą, to zabawne, czy można naćpać się kimś? Jak widać można. W przypływie jakiejś pozytywnej energii spowodowanej chyba metalem w słuchawkach, poszło.

-Wszystko okej?

Odpisał prawie natychmiast.

-Tak, mam dużo pracy.

Nie czekałam na lepszy moment. Napisał, że będzie przejeżdżał przez moje miasto, tylko nie wie kiedy.

-Jak będziesz kiedyś przejeżdżał przez moje miasto, to można by się spotkać.

Nie odpisał. Dałam wybór. Zaproponowałam, co on z tym zrobi, to już jest jego decyzja. Rozmowa kontrolowana. Jedna wiadomość na jedną odpowiedź, krótka na krótką. Nie piszę esejów, nie wysyłam po kilka wiadomości, jak to kiedyś. Ot, po prostu, staram się kontrolować. Wychodzi, na razie. Nie wchodzę za głęboko, wyciszam emocje, które i tak rosną z każdym jego słowem. Kurwa, znowu to zrobiłam!

Kiedy się nie odzywał myślałam o tym, że sobie kogoś znalazł, kogoś poznał w tych dniach i ma mnie w dupie. W sumie, nie wiem czy mówi prawdę odnośnie pracy. Równie dobrze może kłamać. Przecież teraz wszyscy kłamią, to naturalne. Mam w głowie lęk o coś, cały czas. Nie powinno mnie to obchodzić, tak zwyczajnie.

Szczęście czy pech, trafiam na ludzi bez inicjatywy. Facetów. Albo takich, którzy nie chcą. Albo się boją. Czemu takich przyciągam? Z jednej strony, jak się teraz nie domyśli to będzie dziwny, z drugiej, ja naprawdę na nic poza rozmową nie liczę. Marzenia już dawno leżą w kącie. W zasadzie od rozmowy z nim. Ma być rozmowa. Już raz tak było. Były rozmowy, było niby cudowne zrozumienie. A potem? Lądowałam na tylnym siedzeniu jego czarnego metalika, w jego objęciach. Relacja kobiety i faceta zawsze skończy się tak samo. Z językiem w ustach.

Emocjonalnie

Znaleźć złoty środek

Kilka dni z rzędu nie było mnie w blogosferze. Czy robię sobie reset? Raczej dowalam sama sobie myślami. Od trzech dni biorę nowy lek. Niby jest dobrze, jednak czuję rozdrażnienie tak duże, że niepodobna do mnie, potrafię nagle wybuchnąć jakimś tekstem gniewu. Do tego zrobiły mi się rozstępy. Czuję się nieatrakcyjna. Nikogo nie ma przy mnie, ale i tak czuje się mniej kobieca z tego powodu. Przedwczoraj senność do granic możliwości przez cały dzień, wczoraj i dziś już nie, za to mam jakieś myślotoki. Przelatuje mi przez głowę 160 myśli na minutę. Głównie o czym są? O blogowaniu… i pisaniu…. To dziś. Zawsze miałam z tym jakiś problem. Moja „kariera” pisarska się rozkręca. Jednak ja sama jakoś nie jestem pewna. Ciągnie mnie do pisania o patologii, bardzo. Mam w głowie pomysł na dwie powieści, z resztą, z życia wzięte mniej czy więcej. Do tego może jakiś blog dla „rozreklamowania”. Tylko o czym na nim pisać? Opowiadania? Nie chcę, aby ktoś je skopiował. Opowieści z życia? To chyba zbyt nudne… no i mam jeszcze to miejsce. Nowe, bo nowe, ale moje. Kiedyś był blog, zdążyłam już się nim nacieszyć. Z resztą, ten jest jakby jego kontynuacją. Tylko pod innym nickiem. Na tym pierwszym byłam zbyt rozpoznawalna. I tu pojawia się problem z pseudonimami. Moja pierwsza książka ma wyjść pod nickiem, którego używałam, aby pisać w sieci, jednak pod tym nickiem zna mnie zbyt wielu ludzi. A chciałabym pisać incognito, tak, abym mogła napisać wszystko, bez jakiegokolwiek zastanawiania się, że ktoś zobaczy mnie na ulicy i krzyknie „O, to ta”. Jest we mnie za dużo lęku. Z drugiej strony, zawód nie pozwala… zaufanie publiczne. Miałam wystąpić w telewizji, nie wystąpię. Nie chce. Po tym, co działo się wczoraj straciłam ochotę. Jeszcze w programach dla upośledzonych umysłowo. Podziękuję. Nie chcę pokazywać swojej twarzy publicznie. Wolę się wziąć za powieść. I pisać ile wlezie. Muszę jeszcze napisać teksty na konferencje naukową i na konkurs naukowy. Trochę mi nad tym zejdzie. Myśli odnośnie poukładania mojego pisania i publikowania w sieci stają się natarczywe i lekko obsesyjne. Mam tak od kilku lat. Wtedy czuję spięcie całego organizmu i jestem rozdrażniona, do tego dochodzą leki. Zastanawiam się z czego się biorą te myśli? Z lęku? Pewnie tak. Boję się, że ktoś mnie rozpozna, że nie będę akceptowana, że mnie obsmarują hejtem. Zamiast po prostu spróbować, to układam w głowie scenariusze, chce wszystko rozdzielać, jakoś anankastycznie nad wszystkim panować, tematami rozdzielać to, co ma się znaleźć w którym miejscu w sieci, na którym blogu itd. A pomysłów na pisanie mam dużo, za dużo, zdecydowanie. Czasem dziwi mnie, że ludzie piszą na jeden temat. Chyba muszę po prostu spróbować. Chciałabym się nie bać. Nie bać wrzucić do sieci swoje opowiadania, ale tu znów pada pytanie, czy ktoś potem wyda to w formie książki, bo wydawnictwa nie chcą publikowanych wcześniej tekstów. I znowu zaczyna się nakręcanie od nowa… Czuję się tym myśleniem wykończona. Nie potrafię podjąć tej decyzji, co gdzie pisać i jak. Tak bardzo chciałabym po prostu ją podjąć, albo dać sobie prawo do jej nie podjęcia. Kiedyś przeczytałam artykuł o niezdecydowanych. Ciężko z nimi żyć. Cały czas zastanawiam się z czego wynikają te moje rozterki i nie możność podjęcia decyzji. Tylko bowiem w tym obszarze tak mam, w innych mogę zdecydować w pięć minut. Jest mi z tym źle.

Właściwie to miało być o poszukiwaniu złotego środka, a jest o czym innym, nie ważne. Uczę się na nowo coś w sobie odkrywać. A skąd złoty środek? Do głowy przychodzi mi opisany tu we wcześniejszych wpisach pan. Wszak nie ma on jeszcze pseudonimu. Hm, może będzie…. Pan Wrażliwy? Więc, po skończonym i zdanym ostatnim egzaminie, napisałam do Pana Wrażliwego o tym, że zdałam ostatni egzamin w tym roku. Odpisał „Gratuluję:)”. W odpowiedzi napisałam z zapytaniem co tam u niego. Odczytał. Nie odpisał już nic. Zawód? No chyba tak. I tu pojawia się moje pytanie o metodę złotego środka. Terapeutka mówi mi, że jest w moim życiu coś, co sprawia, że nie ma w nim relacji, znajomych, przyjaciół. Myślałam dziś o tym. To prawda. Dlaczego? Bo nie mogę zaprosić nikogo do domu, ani ja nigdzie nie chodzę. Nie mieszkam sama, niestety. Z resztą, dziadkowi się pogarsza. Podejrzewam zaburzenia nie tylko neurologiczne, ale i psychiatryczne. Potrzebne leczenie, chęci- brak.

Moje relacje są albo rodzinne albo najczęściej związkowe, choć bywało parę przyjaźni, paru ludzi, którzy byli. No i pisanie. To ono zawsze stwarzało sytuacje, w których poznawałam ludzi. Wrzucona notka na fb, czy inne artystyczne działalności. Sęk w tym, że często, jeśli płcie były różne, przeradzały się one we flirt. Jeśli chodzi o te związkowe to tu właśnie zastanawiam się nad tym, na ile się angażować, a kiedy odpuszczać? Ostatnio, po latach angażowania się aż nadto, zaczęłam odpuszczać. Testuję na Panu Wrażliwym. Kiedy odpisał „Gratuluję” ja odezwałam się dopiero następnego dnia koło południa, nie od razu. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, ja zawsze odpisywałam od razu. Chyba nie wchodzę tak głęboko. Nie poznaje siebie, tak cholernie mi zależało, czy było to tylko złudzenie? Chciałam z nim kiedyś jeszcze porozmawiać. Planowałam, ze zapytam go kiedyś, kiedy wraca do Polski, może by wstąpił do miasta blisko i wypilibyśmy kawę. Teraz jakoś nie ma już to dla mnie znaczenia. Dalej jest ta myśl, ale już nie tak intensywna. Czy jest sens? Skoro on się nie odzywa. Po co robić sobie złudną nadzieje dalej z nim rozmawiając. Myśleć, że on jest taki fajny i rozumie więcej. Bo jest, tylko co z tego, kiedy nie angażuje się w kontakt. Uczę się dawać przestrzeń, czekać. Z drugiej strony może za bardzo się wycofuję. Ale wchodząc w to popełnię ten sam błąd, o którym mi mówił, znowu to ja będę wszystko aranżować, on będzie bierny i pójdzie w którymś momencie, aby zdobywać kogoś innego. To proste. Czasem warto dać się zdobyć. A to oznacza czekanie na jego ruch. To czekanie jest męczące, implikuje samotność. Nie wiem na ile dać siebie w relacji, a na ile być w niej bierna. Czuję, jakbym siedziała na koniku na placu zabaw. Raz w górę, raz w dół.

Emocjonalnie

Teoria wychowania

Obecnie jest wiele teorii mówiących o tym, co wpływa na rozwój człowieka. Biologiczne, genetyczne i inne. Ja jakoś najbardziej się skupiam się na teorii wychowania. Jest mi jakoś najbliższa. Dlaczego? Bez niej jakby moja terapia nie miałaby większego sensu. Grzebanie w dzieciństwie i procesy, które w nim zachodziły przekładają się na moje obecne spojrzenie na wiele spraw.

Dziś obudziła mnie awantura. Podniosłam się z łóżka z mocno bijącym sercem. Awantury w moim domu były odkąd sięgam pamięcią normalnością, przywykłam jakoś, ze od czasu do czasu po prostu są krzyki i ubliżanie. Padają przy tym argumenty z kosmosu. Pamiętam, że jako dziecko bardzo się ich bałam. Do tej pory się boję i nie znoszę krzyku. Pamiętam, że jako dziecko zawsze byłam tą, która zachowuje zdrowy rozsądek i uspakaja, czy to jedną, czy drugą stronę. Pamiętam, jak prosiłam ich, aby dali już spokój, bo wyciąganie spraw sprzed 20 lat i tego, co kto wtedy powiedział nie ma sensu. Płacząc i stojąc w zielonym szlafroku. Dzisiaj jak przypominam sobie ten obrazek, który mocno utkwił mi w pamięci, jest mi siebie po prostu żal. Przytuliłabym dziś to dziecko. Wystraszone do bólu i próbujące opanować sytuację swoimi tłumaczeniami. Do tej pory z resztą boję się. Boję się, ze podczas awantury coś sobie zrobią. Teraz wiem, że to nie była moja rola. Dopiero na terapii się tego dowiedziałam. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy terapeutka powiedziała mi, że od tego są służby.Jako dorosła kobieta mogę po prostu zadzwonić na policję i tyle. Cały czas mam to w takich sytuacjach w głowie. Jednak jakoś wiem, że takim działaniem mogłabym odebrać sobie szansę na byt. Zachowałabym się nielojalnie wobec nich i tym samym mogliby mnie znienawidzić i przekreślić. W ich mniemaniu problemy rozwiązuje się w domu, nawet gdy dochodzi do popchnięć i uderzeń. Nikt nikogo jeszcze dotkliwie nie pobił, ale boję się, że to może kiedyś nastąpić… To przykre.

Dziś rano awantura jakoś się załagodziła. Każdy poszedł do swojej pracy, to normalne. Nigdy jakoś w małżeństwie moich dziadków nie obserwowałam rozmowy o emocjach, z resztą, ze mną było podobnie. Rozmowa o emocjach była tylko z Babcią, zazwyczaj wychodząca z mojej inicjatywy. Miałam czasem wrażenie, ze to ja ją bardziej uświadamiam w tej kwestii niż ona mnie. Mało w nich jest wglądowości, bardzo, co osobiście sprawiało, że ja czułam się niezrozumiana i jakaś emocjonalnie samotna. Na co dzień liczyła się praca i zajęcia. Praca i robienie różnych czynności w domu i w ogrodzie było lekiem na wszystkie trudne emocje, na smutek, na stany przygnębienia, na depresje. To było takie „gdy ci smutno, gdy ci źle, znajdź robotę, zajmij się.”, Aby zabić te emocje? Alby odciągnąć od nich uwagę? Ten styl radzenia sobie z emocjami za pośrednictwem różnorodnych zajęć i wykonywania obowiązków był też stosowany do mnie przez lata. Jednak ja nie czułam, aby mi te zajęcia pomagały, było wręcz odwrotnie. Kiedy byłam przygnębiona zajmowanie się czymś jeszcze bardziej mnie męczyło psychicznie, nauczyłam się za to skupiać i zmuszać do nauki. To też było zajęcie. Bo przecież musiałam jakoś zdać sesję i rok. Nauka jest też dla mnie dobrym przykładem na udowadnianie sobie pewnych rzeczy.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Dziadek miał dwa udary potyliczne mózgu, jest chory. poważnie. Przez lata, z ciężkiego charakteru i poglądów, w ramach postępowania choroby wytworzył się jeszcze cięższy i bardziej nieznośny. Ciężko z nim wytrzymać. Do tego, na moje oko, rozwija się coś w rodzaju zaburzeń schizoidalnych paranoicznych. Urojenia typu, że wszyscy go nienawidzą, że jest jednym biednym pokrzywdzonym, że woda w czajniku nie była gotowana i jest surowa specjalnie, bo on ją za chwilę będzie pił. Babcia natomiast ma ataki histerii, zawsze była bardzo apodyktyczna i potrafiła stosować szantaż emocjonalny,mówiąc, że „ja dla was wszystko, a wy tak się zachowujecie”, jak coś nie było po jej myśli. Pamiętam, że było tak, jak chciałam jechać do koleżanki, a ona uznała, że to zły pomysł i mam nie jechać, bo ta koleżanka jest „nie taka” według niej. Myślę, że do jej ataków histerii, które wyglądają jak dla mnie dość przerażająco, dołożyło się uzależnienie mojej mamy i ich relacja, która też łatwa nie była dla żadnej ze stron.

I choć oboje są i byli trudnymi ludźmi, to kocham ich, mimo, że czasem cierpię przez ich słowa, a oni nie zdają sobie sprawy z tego, że mnie ranią. Jedno jest pewne. W sytuacji kryzysowej sprawdzali się nie raz i nie dwa. Kiedy trzeba było kimś się zaopiekować , kiedy mama mnie zostawiła, gdy miałam 3 miesiące, kiedy sama miała depresję i była uzależniona. Wtedy też i ratowałam ją i ja, i oni. Wtedy potrafią jakoś zadziałać, odpowiednio. Tylko codzienne życie jest najtrudniejsze. Dziś usłyszałam, po raz kolejny już, od Dziadka, że jestem głupia, że powinnam się kształcić z psychologii, bo nie mam o niej pojęcia. Kiedyś padły też słowa, że jestem psychopatką i, że powinnam się leczyć. Kiedyś, że jestem kur… Choć nie wiem dlaczego, bo słowa te padły jak miałam osiemnaście lat i nigdy, przenigdy nie widział mnie z chłopakiem nawet. Żyłam wtedy rano idąc do szkoły, a po szkole wracając do domu i ucząc się do wieczora. Wiem, że jest chory. Wiem, że nie zdaje sobie sprawy chyba z tego co mówi. Wiem, że najlepiej byłoby gdyby miał specjalistyczną opiekę. Jest jednak na tyle silny, że jeszcze ma tyle siły, aby chcieć rządzić. Babcia z resztą też. Znoszę więc cierpliwie codzienne przytyki, mówienie, że nie mam rozumu, że powinnam się leczyć na głowę… O, gdyby on wiedział, że naprawdę się leczę… z powodu właśnie sytuacji w której się znalazłam. W Babci znów potrafi się tyle nakumulować trudnych emocji, że wybucha. Najczęściej na Dziadka. Kiedy ten przezywa ją, albo mnie. Na mnie wybucha czasami. Tłumaczę jej, że on jest chory i już do niego nie dociera tłumaczenie pewnych zależności. Dziwie się jej także, że nie potrafi ustąpić, tylko oddaje krzykiem. Ja znoszę cierpliwie obelgi, tylko czasem nie wytrzymuję i przestaję rozmawiać. Znikam wtedy w swoim pokoju, wolę już samotność. Dwa razy jakoś też wybuchłam na dziadka, już nie wytrzymałam, ale wiem, że to i tak nic nie da. Te słowa dziś, choć wiem, że może są chorobowe, jakoś mnie ruszyły. Pomyślałam o tym, jakie to dokliwe… Przecież każdy ma prawo do życia i bycia nie obrażanym. Równie dobrze jest to karane. A ja to znoszę. Dlaczego? Bo jestem od nich zależna. Bo chcę skończyć ostatni rok studiów. Potem się wyprowadzam. To postanowione. Nie wytrzymam w takiej atmosferze dłużej, to dla mnie za ciężkie. Po prostu, to wykańcza moją psychikę. Mimo, że ich kocham i chciałabym dla nich jak najlepiej, to nie jestem w stanie tu zostać, wiem to.

Dziś myślałam właśnie nad tym, jak te sytuacje wpłynęły na mnie, na to, gdzie obecnie jestem. Ostatnio terapeutka powiedziała, że moje studia są takie, jakby one mnie określały, że bez tych studiów nie istnieje. To zabolało jakoś. Teraz już wiem dlaczego tak jest. Po pierwsze całe życie byłam traktowana jak dziecko, które na niczym się nie zna i nic nie potrafi, w związku z tym kończąc studia spełniam chęć udowodnienia sobie, ale może też innym, w szczególności im, że coś jednak potrafię, że nie jestem do niczego. Po drugie dla nich nie liczyło się nic prócz moich studiów i nauki ogólnie pojętej. Zawsze tak było. Moje pasje były mniej ważne, to, co lubię też. Najważniejsze było to, abym się uczyła. Jak chciałam porozmawiać o nauce, to od razu pojawiało się zainteresowanie, jak chciałam porozmawiać np. o mojej pasji, to niby słuchali, ale jednym uchem wlatywało, drugim wylatywało, bo przecież to niepotrzebne. I jak tu mówić o wyrobieniu we mnie poczucia wartości? O moim poczuciu wartości teraz, w dorosłym życiu?

Właśnie siadam i będę przeglądać oferty mieszkań. Choćby kawalerka… wystarczyłoby mi… cokolwiek… Na dodatek śnił mi się mój ostatni ex. Wyraźnie. Pocałował mnie, chciałam go zapytać, dlaczego, skoro nie jesteśmy razem. Może dobrze, że mnie obudzili tymi krzykami. O 15.30 rozmowa z lekarką, może powie mi coś, co mnie pocieszy. Cenie sobie jej słowa. Chyba czeka mnie zmiana leków.

Emocjonalnie

Oddaję przestrzeń na działanie…

Nigdy tego nie umiałam. Tu muszę się przyznać bez bicia. Zawsze jak ktoś wyciągał do mnie palec z akceptacją i zainteresowaniem, chciałam zagarnąć całą rękę. To śmieszne, że tak długo nie zdawałam sobie z tego sprawy… Jak mogłam? Teraz pytam siebie o to, przecież to takie oczywiste… Nie miałam z tym styczności. Jakoś… było mi trudno się z tym skonfrontować. Przecież muszę zabiegać, jak ktoś wykazuje chęci to trzeba brać ile wlezie, bo potem tych chęci może już nie być… I tak stawałam się właśnie może i nagabująca? Nie wiem, nie wiem jak odbierali to inni ludzie, ale mnie samą to jakoś męczyło, nadal mnie męczy… Kiedy ktoś wykazuje zainteresowanie mną to ja od razu w to wchodzę i naciskam jeszcze bardziej… Jakbym nie mogła oddać przestrzeni. To jest dokładnie to o czym powiedział mi on w rozmowie wieczorem… Zagarniam przestrzeń, organizuję, nakłaniam do kontaktu, przypominam się…. Mam w sobie taką wewnętrzną, bardzo silną potrzebę. Ta potrzeba jest na tyle silna, że potrafiłam wysyłać kiedyś wysyłać jednemu facetowi wiadomości codziennie przez jakiś czas, krótkie bo krótkie, ale jednak. Teraz tego się wstydzę jakoś… To było bezcelowe, zupełnie. A jednak potrzeba jest. Bardzo silna potrzeba. I wbrew temu, ile ja zaangażowania wkładam w kolejne relacje, tym mocniej zostaję porzucana. Odtwarza się schemat z dzieciństwa. Teraz dopiero to widzę…

Ciągłe zabieganie o mamę, która była niedostępna, zabieganie o chwilę jej uwagi, bo przecież jej nie było, bo przecież mnie opuściła…A kiedy już przyjeżdżała, świat stawał na głowie, nie liczyłam się ja. To ona była gwiazdą w domu. Więc skamlałam o chwile jej uwagi. Musiałam ją zadowalać swoją postawą i zainteresowaniem, żeby znowu nie wpadła w ciąg, bo przecież było jej ciężko. Ten rodzinny przekaz szedł aż od najstarszego pokolenia. Że nią się trzeba opiekować, bo jest słaba… A ja opuszczona, ciągle zabiegałam. Pamiętam, jak kiedyś powiedziała mi, że jak będę miała jakiś problem i będę się chciała podzielić, to przecież przyjdę pogadać. Jakbym była dorosłą osobą. A ja oczekiwałam, a może bardziej chciałam, żeby to ona pierwsza zapytała się co u mnie słychać. Przecież to w roli rodzica leży, żeby rozmawiać z dzieckiem, żeby inicjować rozmowę. Zawsze poważne rozmowy o moich problemach, czy sytuacji wychodziły w tej relacji ode mnie. Więc i tak się nauczyłam… żeby wiecznie zabiegać i prosić… I być szczęśliwa, kiedy ktoś da mi swoją uwagę. Przecież to nie tak…

Dwa dni temu, kiedy nowo poznany chłopak odpisał mi na ostatnią wiadomość, że nie chce, ale dziękuje, rano obudziłam się z myślą, że muszę oddać mu przestrzeń. Do tej pory ją zagarniałam, teraz postanowiłam się uczyć czekać na czyjąś też inicjatywę, nie może do końca biernie, ale kiedy pokażę chęć rozmowy, nie upominam się ciągle o kontakt. Po prostu… Ostatnio widziałam próbę sesji terapeutycznej… Ta scenka uświadomiła mi, że czuję bardzo silną potrzebę dopominania się o kontakt, o zainteresowanie, o relację. Teraz uczę się jakoś sobie z tym radzić. Oddałam mu przestrzeń. Nie odpisałam nic. Poczekam co zrobi, po prostu. Bez oczekiwań. Tak bardzo bym chciała nie mieć oczekiwań.

Wytrzymałam w tym pozytywnym myśleniu dwa dni. Wczoraj na wieczór jednak dopadła mnie jakaś samotność. Po prostu samotność… Znowu pojawia się potrzeba, aby ktoś był, porozmawiał, abym nie czuła się taka samotna. Z drugiej strony wiem, że samotność, taka prawdziwa minie wtedy, kiedy dostanę zrozumienie… Takie pełne i niewymuszone. A tego na razie oczekiwać nie mam od kogo… Wszystko znów sprowadza się do tego, że brakuje mi tej konkretnej osoby, ale wiem, że muszę dać mu wybór i przestrzeń. Inaczej to nie zadziała.

Wczorajszy wieczór jest jakiś napięciowy. Nalewam sobie wody do wanny, z melisą i rumiankiem. robię pianę i zanurzam się w niej… Woda ma trochę inny kolor niż zwykle. Lubię letnie kąpiele, kiedy na dworze jest jeszcze jasno. Podczas kąpieli dużo myślę, mam czas na przemyślenia, jakoś się odprężam, choć wczoraj to trudne. W głowie siedzi mi nadal ta cała sytuacja, choć wiem, że robię dobrze, uczę się nowych rzeczy. Zapisałam się wczoraj do mojej lekarki, lubię z nią rozmawiać. Jest spokojna i emanuje od niej życzliwość i zainteresowanie. Przeżyję kolejny dzień.

Emocjonalnie

Czy Milargos się zakochała?

Daję sobie kilka dni na rozruch. Za mną obrona pracy dyplomowej. Przede mną kolejne egzaminy. Dzień po rozmowie z nim, jakoś zapominam, zajmuję się swoimi obowiązkami. Nawet nie piszę. Po prostu wracam do swojego życia. Tak, jakby rozmowa z nim była tylko wyrwaniem mnie z jakiegoś transu, na chwilę. Teraz, po rozmowie, nadal w nim jestem. Wróciły dawne troski, wróciło napięcie, bo przecież trzeba się uczyć, trzeba pozaliczać kolejne egzaminy…

Na długo przed rozmową jeszcze pojawiły się w moi życiu Portale. Na których spędzałam jakąś część mojego dobowego czasu. Dzień po rozmowie jakoś nieczęsto zaglądam na Portal. Mam w głowie chyba gdzieś to, że oni i tak mnie nie zrozumieją. W ciągu dnia jakoś pozytywnie myślę o tym chłopaku… Nawet chyba mówię o nim Babci. Babcia to ważna postać w moim życiu. Przekonacie się z czasem. Mówię oględnie, o jego sytuacji w domu, o tym, jak z niego wyjechał, bo nie mógł znieść pretensji o to, że nie ma najlepszych ocen. Maturę napisał na 100 procent, ale na studiach już nie wytrzymał, chodząc do najlepszej szkoły w województwie, rzucił ją i wyjechał za granicę. Dlaczego jej to mówię? Może chcę zwrócić jej uwagę na jej zachowanie… Przecież ja miałam to samo. Ciągłe wymagania i niezadowolenie ze mnie. Dobra i kochana byłam tylko wtedy, kiedy się uczyłam. Ona odpowiada, że to nieprawidłowe, że przecież ona nie wymaga ode mnie na studiach samych 5. Tylko co z tego? Kiedy już zdążyła we mnie wyrobić pewną postawę do nauki?

Gdzieś tam z tyłu głowy ciągle chodzi mi chęć porozmawia z nim, kolejnego. Wiem, że jest w pracy, że może nie będzie mógł rozmawiać. Jednak pod koniec pierwszej rozmowy powiedzieliśmy sobie, że może jeszcze kiedyś porozmawiamy. Więc w sumie, to myślę dlaczego miałby nie chcieć? Jest upalny, letni dzień. Dziadek kosi trawę. Bardzo lubię zapach skoszonej trawy. Jest słoneczne popołudnie, a ja słucham właśnie pewnej piosenki.

W końcu myśli krążą wokół rozmowy z nim i wysyłam mu wiadomość. O tym, że jakby miał wolny wieczór, to, żeby dał znać, to może porozmawiamy, bo chciałabym mu coś powiedzieć. Odpowiada, że okej. Pojawia się spokój i zadowolenie. Ogarnia mnie jakaś błogość i radość, cieszę się na kolejną rozmowę z nim. Z kimś, kto mnie rozumie. Czuję się zrozumiana i chce mu o tym powiedzieć. Choć niczego nie zakładam. Wieczorem jednak, ku mojemu zaskoczeniu daje mi znać, że możemy porozmawiać. Więc rozmawiamy. Tym razem na tapetę idą cele życiowe, cechy ludzi, że są niesłowni, że kłamią. Mówi mi, że on nie ufa ludziom, bo był ciągle okłamywany przez ojca. Ja mu mówię, że byłam zdradzana i nie potrafię zaufać mężczyźnie. Pada jeszcze wiele zdań. Ja mówię o tym, jakie to cudowne uczucie jest być zrozumianym, tak po prostu. Mówię mu, że stworzył mi bezpieczny kontakt, którego tak potrzebowałam w związku, a którego nigdy, w żadnym związku nie miałam, mówię mu o tym, jak mi tego brakowało i brakuje. Czego pragnę… żeby ktoś był, a on dodaje „i żeby rozumiał, bo bycie to za mało”. Rozmawiamy jakie to piękne uczucie być zrozumianym, jak nam tego brakuje i jak sobie to cenimy… Mówi mi o tym, że zakłada, że ogólnie ludzie kłamią i nie przywiązują wagi do słów. Mam tak samo… Nie umiem zaufać, ciężko mi się otworzyć, cholernie boje się oceny. Panicznie… pewnie przez matkę.

Z 22.00 robi się 1.00 w nocy… On musi o 6 wstać i prosi mnie, czy bym nie zadzwoniła go obudzić rano. Potem jeszcze pyta się mnie, czy nie mogę napisać do niego z prawdziwego konta na faceboku. Mówię, że okej. Ustawiam budzik na 6.00 i zasypiam. Rano do niego dzwonię. Parę słów. On idzie do pracy. mam udany dzień. W końcu nie poprosił kogoś innego, by do niego zadzwonił, tylko mnie. Znowu ujawnia się mój mechanizm z Dorosłego Dziecka. Czuję to. W dniu nie zawracam mu głowy. Odzywa się jednak ok. 17, pisze, że dziękuję za obudzenie. Ja również się odzywam, o 19, ale z innego konta. Niestety nie stricte swojego, bo jakoś nie chce… Za bardzo się boję. On w odpowiedzi śmieje się, że to kolejny krok do prawdziwego konta i czy nie mam takiego z imieniem i nazwiskiem. Piszę mu, ze nie chcę tu podawać za bardzo danych, ale robi mi się trochę głupio. Udaje mi się odzyskać jakoś hasło do swojego prawdziwego konta i wysyłam mu z niego wiadomość. On już jednak trochę milknie. Potem zaczynamy znów pisać i wysyłam mu wiadomość, że przepraszam, że z tylu kont, ale zapomniałam hasła do prawdziwego i, że nie chce go oszukać… W międzyczasie myśli krążą mi po głowie. Bo jeśli on nie ufa ludziom i zakłada, że ludzie kłamią i oszukują to jak wypadłam? Jako ktoś, kto kręci i miesza? Jakbym nie mogła po prostu napisać ze swojego prawdziwego konta za pierwszym razem? Jest mi wstyd i głupio. Czuję, że spieprzyłam sprawę, że zawaliłam. Piszę mu o tym. Odpowiada, że rozumie, że zapomniałam hasła. Potem wymieniamy jeszcze parę wiadomości i na tym koniec.

Do wszystkiego w tym dniu dokłada się terapia, którą miałam wcześniej, przez telefon. Pierwsza naprawdę szczera terapia od dłuższego czasu. Zajęłam się na niej moją relacją z rodziną i pragnieniem aby ktoś był, ktoś kto by mnie zrozumiał i przy kim czułabym się bezpiecznie. Potrzebowałam tego. Rozmawiałyśmy też o tym, że moja terapia jest skokowa, że nie ma w niej regularności. Poczułam, że chciałabym to zmienić. Poczułam też, że zawaliłam. Jakbym musiała spełniać oczekiwania terapeutki, których ona w ogóle może nie ma..

Wieczorem, kładąc się spać, po ostatnim pisaniu z nim, uświadomiłam sobie, że przecież zaczęło mi na nim zależeć… Myślę o tym, że wcześniej może wmawiałam sobie, że to jest relacja postrzegana przeze mnie jako ktoś, kto daje mi wsparcie w terapii i jest taką jednoosobową grupą wsparcia… Ta myśl plus to, że zawaliłam, jakoś mnie przeraża. Myślę o tym, czy on będzie chciał mnie znać? Oglądam coś w telefonie, jest mi niedobrze i zmuszam się wręcz do spania. Za którymś razem się udaję. Śpię prawie do 10.00 rano. Ledwo ściągam się z łóżka, dzień wydaje się jakiś ciężki i przerażający… Jednak go przeżywam. W międzyczasie wpadam na pomysł, aby napisać pewną notkę, o zrozumieniu. Jakie to cenne, odwołać się tym samym, do naszej rozmowy, która była bardzo miła. Może to jakoś załagodzi sprawę? Może pokaże mu, że jestem prawdziwa? Więc pisze i wysyłam jemu. Odczytał, nie odpisał mi.

Na drugi dzień jadę na uczelnię. Emocje już jakoś odpuszczają. Czuję się jakby lepiej, bo zrobiłam coś, co mogło jakby załagodzić moją gafę. Myślę sobie o tym, jakie to fajne uczucie, być zrozumianą i o tym, że wreszcie, przez te jego słowa, dałam sobie przyzwolenie na swój własny światopogląd. Przestałam być jakby napiętnowana marzeniami, swoimi i innych, o domu, o rodzinie, o dzieciach. Tak bardzo kiedyś chciałam to mieć. Wydawało mi się też, że jeśli tego mieć nie będę, będę gorsza, będę bez wartości…Przecież moja rodzina tak bardzo chce, żebym to miała… Tylko co z tego? Jak nie czuję się zrozumiana przez żadnego faceta. Przestaję już błądzić wzrokiem po innych menach na ulicy, jakby wydaje mi się teraz, że wiem, co jest ważne… że mogę mieć swoją filozofię i ona jest okej. Czuję się zaakceptowana. Nie wiem, czy bardziej sama przez siebie, czy przez niego…?

Wychodzę z uczelni… Jednak myśli cały czas krążą wokół niego… Na uczelni dwa razy sprawdziłam, czy nie napisał. Jakoś mnie do tego ciągnęło. Do niego. Ciągnie mnie do niego. Chciałabym go poznać… Uświadamiam sobie, że chyba mam jakiś stan zauroczenia. Świat wydaje się bardziej przyjazny i nie wiem, czy to przez jego słowa i zrozumienie, czy bardziej przez jego osobę… Idę ulicą i myślę, że jest dobrze, choć dziwi mnie to, bo przecież on się nie odzywa, więc powinnam się smucić. Czuję jakieś poplątanie w emocjach. Wiem też, że zadziałał znowu mój mechanizm. Jeśli ktoś tylko wykaże zainteresowanie i chęci to będę się starać, wyobrażam sobie za dużo, analizuję, czy mogłoby z tego coś być. Wiem, że chciałabym go poznać… Wysyłam mu wiadomość, że jutro wstaje wcześniej i jak chcę, to mogę go obudzić. Znowu poddaję się temu, aby o kogoś zabiegać… Dlaczego? Przecież tego tak bardzo nie chcę… Nawet go nie widziałam, sami mówiliśmy o tym, że 3 miesiące to mało, by kogoś poznać. Jednak treść myśli jest, jaka jest. Wieczorem mówię o tym Babci, że on ciągle mi siedzi w głowie. Ale z tego nic nie będzie, bo oboje nie wierzymy w to, że możemy spotkać kogoś, kto nas w pełni zrozumie. Rozmawiamy o tym, że trzeba dać mu czas… W między czasie on odpisuje, że nie chce, ale dzięki za propozycję. Tego wieczora uświadamiam sobie coś bardzo ważnego…

Zostaje tylko piosenka… która bezsprzecznie kojarzy mi się z nim.

Emocjonalnie

Debiut

Jestem w dziwnym czasie. Napisałam na facebook. Jakaś krótka notka, o tym, że mi źle, o tym, że mam cholerne poczucie winy po ostatnim związku. Po jakimś czasie od napisania postu w pewnej grupie odezwał się on. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Zanim on do mnie napisał, zdążyłam się już przyzwyczaić do odbierania kilku wiadomości dziennie od ludzi całkiem mi obcych, mających swoje własne problemy, albo chcących mnie pocieszyć, około 30 plus. Na początku było to fajne. Mogłam w końcu pogadać z ludźmi, potem dobijających się samotnych, chorych facetów, którzy bardzo chcieli widzieć we mnie albo przyszłą żonę, albo lekarstwo na swoje dolegliwości, zaczęłam olewać. Nie miało to większego sensu, dlatego, kiedy znów zobaczyłam wiadomość od nieznajomego, jakoś zbytnio nie wpłynęło to na moje samopoczucie. Napisał, że chciałby porozmawiać. Po jednym dniu odpisałam. Nie liczyłam na kogokolwiek ciekawego, godnego uwagi. Ot, miał to być kolejny zaburzony, który szuka kogoś kto uleczy jego problemy. W mojej głowie, tak było. Wieczorem napisał mi, że jest akurat w drodze do Niemiec, jedzie więc może zadzwonić, bo pisać nie może. Zadzwonił.

Zaczęliśmy rozmawiać. Na początku byłam jakaś obojętna w tej rozmowie, ale może dlatego, też i bardziej spokojna. Nigdy jeszcze nie rozmawiałam w taki sposób z nikim. Mój głos był cichy i spokojny. Położyłam się na łóżku i patrzyłam w okno, słuchając jego głosu. Brzmiał młodo. W końcu nie wytrzymałam i spytałam o wiek. Okazało się, że jest dwa lata ode mnie starszy. Rozmawialiśmy o moim poczuciu winy. O moim rozstaniu, o moich związkach. Opowiedział mi też o swojej relacji, jaką miał. Mówił o tym, iż im bardziej poznaje siebie to tym bardziej chciałby zobaczyć dziewczynę, z którą mógłby być, bo takiej nie spotkał, nie ma chyba takiej. Po raz pierwszy w życiu ktoś powiedział mi takie słowa, nie uznając mojego poglądu na tę sprawę jako głupi i generalizujący. To było coś tak dla mnie odkrywczego, że do tej pory mam te słowa w głowie. Pamiętam, jak tyle razy mówiłam matce, że nie ma w moim otoczeniu facetów normalnych. W zamyśle, takich, którzy by do mnie pasowali, którzy potrafiliby mnie zrozumieć, na co zawsze słyszałam, że przesadzam, generalizuję i żebym się nie wygłupiała. Tyle było ze zrozumienia. A tu nagle spotykam człowieka, który mówi mi, że ma tak samo. Poznając siebie nie jest w stanie wyobrazić sobie osoby, która go zrozumie. Powiedzieliśmy sobie też, że osoba, która nie jest po przejściach, tak jak my, nas nie zrozumie. A to przecież podstawa. Padły też z jego strony słowa, iż to smutne, że spotkanie właściwej osoby, która by naprawdę była i rozumiała jest bliskie zeru, ale to nie powód, aby być z kimś tylko po to, aby z kimś być i być przy nim jednocześnie nieszczęśliwym. Muszę przyznać, że to uderzyło mnie bardzo mocno. Przecież całe moje bycie w kranie Wilków na tym się opierało. Na szukaniu i wchodzeniu w relację, po to, aby ktoś był. Dodatkowo, bardzo chciałam być zrozumiana, ale ci ludzie po prostu nie potrafili mi tego dać. Cała moja filozofia Wilkowa upadła w jednej chwili. Zdałam sobie dogłębnie sprawę po co ja to robiłam. I co mi to dawało… chyba po raz pierwszy w życiu. Wykorzystywałam cały swój potencjał intelektualny i zewnętrzny, by mieć się tylko do kogo przytulić, by ktoś był. Czasem nie zważając na to, czy ten ktoś mnie rozumie. Mój ostatni związek jest tego świetnym przykładem. A wydawało mi się przecież, że był taki idealny. Nie mogłam sobie poradzić z tęsknotą za nim… Za kimś, kogo kochałam, za kimś w kogo się zaangażowałam, ale też za kimś, kto mnie kompletnie nie rozumiał, przy kim nie czułam się na tyle bezpieczna, by powiedzieć mu o swej historii. A z nim? Opowiedziałam mu prawdę w prawie 2 godziny… Powiedział mi też, że to, co ja robię źle, to to, iż nie pozwalam się wykazać tej drugiej stronie. Ja robię wszystko w związku, a ta druga strona po prostu jest. Dlatego łatwiej mu potem zrezygnować, bo przecież on był bierny… emocjonalnie… To prawda. Może dlatego doświadczyłam tyle opuszczeń? Rozmawiamy dalej. Czasem on zamilknie, czasem ja. Mówi, że wtedy się zastanawia co powiedzieć.. Ale ta cisza jest nawet przyjemna, taka zastanawiająca. Później, jest około 23.00, odkładam słuchawkę, wokół mnie jest ciemno. Ogarnia mnie takie uczucie, że są jeszcze podobni do mnie ludzie na tym świecie. Czuję się lepiej. Jestem już zmęczona. Kładę się i zasypiam.

Kilka dni później słucham muzyki, włączam jedną piosenkę zespołu. Czasem, kiedy jej słuchałam, zastanawiałam się, czy są jeszcze ludzie, którzy potrafią tak odbierać emocje… Ostatnio kiedy jej słuchałam pomyślałam o tym, że ciesze się, że są jeszcze tacy mężczyźni. Chyba wymyślam. Teraz jakoś mi lepiej, może on ma podobnie, nie czuję się taka samotna…

Wilkowo

Od czego się zaczęło…

Wracam pamięcią do dawnych, starych czasów. Zielona trawa na ogrodzie przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ja, mała dziewczynka, z warkoczykami i ulubionym, burym kotem na rękach. Tak, tego kota będę pamiętać długo. W białych, wysokich, sięgających prawie kolan, dziurawych skarpetkach, na trawie. Było lato, ciepłe, bez anomalii pogodowych, jak dziś. Świat się zmienia. Miałam wtedy może 5 lat. Pamiętam sukienkę, w która wtedy mnie ubrano. Była czerwona, przed kolano, z jakimś wzorkiem w kwiatki. Na twarzy gościł uśmiech. Jeszcze. Prosty, dziecięcy, szczery uśmiech.

Dziś patrzę na zieloną traw w ogrodzie, na tą samą huśtawkę, na której wtedy zrobili mi zdjęcie. Znowu jest lato. daty w kalendarzu trochę się zmieniły, choć na pozór wszystko wydaje się być tu takie samo. Wszystko, oprócz mojego uśmiechu. Zastanawiam się, jak to się stało? Wciąż dostrzegam zieleń trawy i charakterystyczny zapach letniego wieczoru. Ale nie jestem już tą samą dziewczynką, w czerwonej sukience. Z taką samą ilością marzeń i przekonaniami. Dziś jestem Wilczycą. Nie wiem nawet kiedy to się stało i w jaki sposób. Szukając odpowiedzi na to pytanie przemierzam zakątki najróżniejszych miejsc. Czasami pytając siebie, czy było warto?

Wejście do krainy wilków nie było niczym spektakularnym. Ot, zwykły schemat. Ze swojej przeszłości pamiętam ciągle zabieganych rodziców, którzy oderwani od swoich obowiązków, rzucali słowo, czasem dwa. Z czasem słowo rzucała tylko matka. Do około czternastu lat potrafiłam sobie znaleźć zajęcie. Plany, marzenia, pasje, nauka, to wszystko wypełniało mi świat mojej rzeczywistości. Ale z czasem pojawił się w moim życiu On. I wtedy wszystko się zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Moje myślenie. I ja sama, nie odróżniająca za bardzo jeszcze przyjaźni od miłości i pożądania. Przecież nikt ze mną o tym nie rozmawiał. Pamiętam, jak po kilku latach od jego poznania, matka powiedziała do mnie, żebym dała sobie spokój. Dziś mam do niej żal, że nie wytłumaczyła, nie wpłynęła na mnie. A ja, że jej wtedy nie posłuchałam. Ale nie umiałam. Dalej żyłam w swoim świecie złudzeń, przez kolejnych jeszcze, kilka lat. Jednak wtedy, kiedy poznałam jego, pojawiło się we mnie coś, co żyje do dziś. Choć staram się nie myśleć o tym, że to w jakiś sposób mnie ukształtowało. Tamte ideały zabierając realne spojrzenie na świat kształtowały moją osobowość, abym teraz mogła pewne rzeczy odkrywać na nowo. Cały czas zastanawiam się, czemu wtedy nikt nie powiedział mi, że to nie tak, żebym odpuściła, że to niezdrowe. A ja upajałam się mechanizmem, który noszę w sobie do dziś. Teraz dopiero wiem, że były to wrota do czegoś, co potrafi zadać tyle samo rozkoszy, co cierpienia. Po tylu latach uświadomiłam sobie, że to właśnie wtedy coś się zmieniło, niezmiennie. Te bardzo naiwne i dziecinne początki otworzyły bramy do pewnej drogi. Drogi, która miała być piękna, choć czasem kręta i wyboista. Z tego też zaczęłam sobie stosunkowo wcześnie zdawać sprawę. Mimo to, chciałam nią pójść…

Kraina wilków była specyficznym elementem odskoczni. Ale nie tylko. To właśnie tam chciałam być doceniana, zauważona, zaopiekowana. Na początku wierząc w swoje, nierealne bardziej niż realne ideały szłam z przekonaniem, że przecież tam zaznam to, czego nie miałam gdzie indziej. Teraz śmieję się z tego, patrząc na to, jak jako niewinne dziewczę próbowałam wyrwać sobie dla siebie kawałek miłości i opieki, której nie dali mi rodzice. Nie byłam odosobniona, jak później się okazało. Chcąc sobie zaskarbić trochę uwagi i miłości potrafiłam się w pewnym sensie zatracić w myśleniu. I nie znalazł się nikt, kto by powiedział stop, w taki sposób, bym skłonna była w to uwierzyć.

Z czasem, przemierzając krainę wilków ideały zaczęły się zmieniać, poszczególni ludzie przychodzili, odchodzili, a ja stawałam się coraz bardziej dojrzała i świadoma siebie. Przyszedł wreszcie czas studiów, gdzie kraina wilków może się zdawać, że niebezpiecznie się do mnie zbliżyła. Albo ja do niej? Wtedy to właśnie uświadomiłam sobie, kim tak naprawdę jestem i czego chce. Wilkowo stało się dla mnie światem ucieczki, światem chęci zaspokojenia potrzeb bycia kochaną, docenianą. Przewinęło się kilka mniej lub bardziej sensownych związków. Bracia Wilcy raz byli bliscy, raz dalecy, ale ciągle obecni w moim życiu. Wtedy to właśnie pokazali po raz pierwszy tak bardzo dosadnie swoje białe kły i pazury. Czasem uśmiecham się tylko, kiedy słyszę głosy o tym, że powinnam wreszcie dać sobie czas. Może po prostu nie umiem? Zdaję sobie sprawę, że wielu rzeczy jeszcze nie wiem, i zapewne będę je odkrywać z czasem. Dziś? Przyszedł chyba czas na jakiegoś rodzaju podsumowanie. Nie wiem, czy to że względu, że jakiś czas temu usłyszałam w słuchawce jego głos mówiący:

-Wiesz, chyba do siebie nie pasujemy.

Czy bardziej dlatego, że po prostu uświadomiłam sobie pewne sprawy. Zamysł pisania bloga był już gdzieś tam rok temu, wtedy też podjęłam pierwszą próbę jego stworzenia, ale nie udało się. Dziś zaczynam od nowa. Dla siebie, dla pozbierania swoich myśli. Od zawsze fascynowały mnie relacje, może więc i niezłą przygodą będzie opisanie tego. Od dobrych kilku lat plączę się bowiem, zwiedzając ścieżki krainy wilków. A przekrój ich jest różnorodny. Jedne są bardzo łagodne, zapewniając o swojej pokorze, drudzy zaś od razu pokazują kły. Jeden w szczególności. Inni jeszcze chcą by tylko zatopić się w ich miękkim futrze, nie dając nic w zamian, najlepiej na jeden raz.

Od ostatniej relacji minęło nieco czasu, nie mało, nie dużo, tyle, ile trwał sam związek. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że się zmieniłam. Nie patrzę już na świat tak, jak kiedyś. Jest za to inne podejście. Tylko wartości zostały nieco podobne. Nie ma już tej wesołej dziewczynki w czerwonej sukience. Jest Wilczyca.

M.